Translate This Page

Wiktoria mieszka w Polsce. Oto jej historia...


Mam 42 lata. Czuję się, jakby moje życie już się skończyło. Nie potrafię się odnaleźć i panicznie boję się przyszłości, a to wszystko dzięki mojemu mężowi.

Byłam mężatką przez 15 lat (właściwie nadal jestem - sprawa rozwodowa w toku). Mój mąż zawsze kontrolował moje wydatki, z mojej pensji opłacane były rachunki, cokolwiek potrzebowałam kupić dla siebie, czy dzieci - musiałam prosić męża o pieniądze. Mogłabym tak żyć, do takiej kontroli można się przyzwyczaić, niestety po 8 latach małżeństwa mój mąż wyraźnie znudził się mną i bez przerwy powtarzał mi „zrobię z ciebie psychiczną i odbiorę ci dzieci, puszczę cię w skarpetkach. Nie dostaniesz  ode mnie złotówki, zniszczę cię prywatnie i zawodowo. Wtedy myślałam, że mówi to po to, by mnie nastraszyć.  Bardzo się myliłam. Jednocześnie był moją najbliższą i jedyną rodziną, wiedział o tym. Moi rodzice i najbliższa rodzina zmarli. Teraz z perspektywy czasu wiem, że to były groźby i obietnice, które skrzętnie realizował. Przez ostatnie 7 lat gnębił mnie psychicznie, wyzywał od najgorszych, a słowa: szmato, dziwko, zdziro po jakimś czasie były codziennością. Nie miałam w domu miejsca, gdzie mogłabym się schować przed nim. Jeśli udało mi się na chwilę zamknąć w łazience, otwierał zamek, podchodził do mnie i stojąc za moimi plecami powtarzał, jak jestem beznadziejna i nic nie warta, jak żałuje, że się ze mną ożenił, że załatwi mnie. .  Przez 8 lat miał 9 kochanek. To nie jest moja wyobraźnia. Skąd o tym wiem? Od niego. Kiedy nie wiedział, jak mnie poniżyć, opowiadał mi o nich, ze szczegółami, opowiadał o ich miłych chwilach, podawał mi ich numery telefonów, bym mogła zadzwonić i sprawdzić informacje u źródła.

Po jakimś czasie postanowił przejść do rękoczynów - mam na ciele wątpliwe pamiątki po moim mężu. To był koszmar, nie wiedziałam, gdzie szukać pomocy. W totalnej rozpaczy zadzwoniłam na Niebieską Linię - tam polecono mi zrobić obdukcję, zdobyć dowody, hmm...łatwo powiedzieć. Do rękoczynów dochodziło wielokrotnie - raz chodziłam z siniakiem na pół twarzy, innym razem z siwymi podrapanymi rękami i guzami na głowie, kiedy mnie pchnął na szybę. Cud uratował mi rękę (brakowało 2 milimetrów do przecięcia ścięgien), długo mogłabym wymieniać. Nikt nie wiedział, co się u nas dzieje. Poza domem mój mąż wręczał mi prezenty, całował mnie, zwracał się do mnie pieszczotliwie. Wszystkie koleżanki mi zazdrościły, a mi chciało się wyć… Mój starszy syn miał wtedy 9 lat, młodszy 5. Młodszy niewiele pamięta, starszy wielokrotnie stał między mną i mężem i bronił  mnie przed nim, do dziś pamiętam jego krzyk „zostaw moją mamę, nienawidzę cię, wynoś się stąd!”. Piękne dzieciństwo zafundowałam moim dzieciom... Nie miałam pojęcia, jak wybrnąć z tej sytuacji.

Nie wiem, czy dobrze zrobiłam, ale zdecydowałam się na wyprowadzkę. Dzieci bez cienia wątpliwości wyprowadziły się ze mną. Wyprowadzałam się dwa razy, niestety wracałam. Panicznie bałam się, że sobie nie poradzę, że nie będę w stanie utrzymać dzieci. I miałam dobre przeczucie. Dzieci miały stały kontakt z ojcem. Po jednym ze spotkań z nim, mój starszy syn oznajmił mi, że chciałby na próbę zamieszkać z ojcem (i z jego ostatnią kochanką). Przeraziłam się, ale przecież nie mogłam zatrzymać go siłą. Teraz myślę, że może jednak powinnam była to zrobić... Zgodziłam się, syn przeprowadził się do ojca... i straciłam go. Przez 8 miesięcy nie miałam z nim żadnego  kontaktu - nie odbierał moich telefonów, nie odpisywał na smsy, nie przyjeżdżał do mnie. Kiedy chciałam go zobaczyć, szłam do jego szkoły. Syn widząc mnie odchodził, nie rozmawiał ze mną. Kiedy wreszcie syn do nas przyjechał, zaczął mnie oskarżać o bicie taty, o awantury, o wszystko to, co robił mój mąż. Byłam zrozpaczona.  Przez cały ten czas mąż zrobił mu takie pranie mózgu, że w głowie mi się to nie mieściło. Do tego stopnia byłam zrozpaczona, że zdecydowałam się wrócić do męża, żeby mieć dzieci razem przy sobie. Szybko tego pożałowałam. Mąż nadal spotykał się ze swoją  kochanką... u swojej siostry. Na tym etapie już nie było bicia, gnębił mnie psychicznie, bez przerwy powtarzał, że mam się wynosić z domu, że nic w nim nie jest moje, że i tak nic mi się nie należy.

W październiku 2008r. oznajmił mi, że mam się wyprowadzić z domu, bo on też się wyprowadza. Mąż z kochanką i moim starszym synem wynajęli  sobie mieszkanie. Zabrał wszystko, a ja nie miałam pieniędzy, by walczyć o podział majątku. Chciał zabrać młodszego syna, ale on nie chciał o tym słyszeć. Myślałam, że mąż teraz, kiedy ma nową rodzinę da mi wreszcie spokój - myliłam się, to dopiero był początek... Dzięki wpływom jego siostry straciłam pracę. Mąż złożył wniosek do sądu o odebranie mi praw rodzicielskich i przejęcie opieki nad młodszym synem podając, że jestem niezrównoważona emocjonalnie i nie mogę zajmować się synem. Zostaliśmy skierowani na badania. Były straszne, syn dwa dni po nich płakał. Okazało się, że młodszy syn jest bardziej związany ze mną, niż się to mężowi wydawało i sąd zostawił go ze mną.

Długo zastanawiałam się, co mam zrobić, w końcu zdecydowałam się na rozwód. Nie czuję się na siłach przeżywania tego wszystkiego kolejny raz i rozdrapywania ran, nie potrzebna mi satysfakcja,więc zdecydowałam się na rozwód bez orzekania winy. Obecnie jestem po pierwszej sprawie rozwodowej - sędzia stwierdził, że dzieci nie mogą być rozdzielone! Jeśli sąd zabierze mi młodszego syna, stracę go, tak jak starszego! Mamy XXI wiek. Czy ktoś może sobie wyobrazić, że takie historie mają miejsce? Na jaką pomoc można liczyć w tej sytuacji? Rozmowę z psychologiem, zgoda. Od lat korzystam z niej i pewnie dlatego jeszcze nie zwariowałam, ale zwariuję, jeśli mój mąż dotrzyma słowa i zabierze mi dzieci. Bez pracy mam małe szanse na utrzymanie synów...

Może jeśli kolejny raz wyrzucę to z siebie, to sobie pomogę ”umiesz liczyć - licz na siebie”, dopóki nie zwariujesz...